Podróż w stronę marzeń. Apulia cz.1

O południu Włoch myślałam raczej stereotypowo, tak jak to piszą w przewodnikach- tam jest biednie. W ofertach wszelakich biur podróży czy nawet na booking.com to miejsce praktycznie nie istnieje.

Moje myślenie o tym kierunku zmieniło się po przyjeździe dobrej znajomej, która w Apulii odwiedziła swoją siostrę. Już same zdjęcia, które mi pokazała, ukazywały spokój, piękno i dzikość południa Włoch. Kilka tygodni później (to nie mógł być przypadek!) obejrzałam program, gdzie pewna para chciała zakupić dom w Apulii. Wiedziałam wtedy, że muszę tam pojechać 🙂

Wpis musiałam podzielić na dwie części, bo mam Wam tyle do opowiedzenia i pokazania, że nie chciałam Was zniechęcić taką ilością treści . Mój post ma bardziej charakter pamiętnika z mnóstwem zdjęć, ale w opisach znajdziecie także trochę wskazówek, które mogą Wam się przydać  w panowaniu podróży do Apulii. Zatem w drogę!

Lecimy!

Tak się wspaniale złożyło, że w podróż wybraliśmy się razem z naszymi fantastycznymi znajomymi: Izą i Radkiem. Rozpoczęliśmy wspólne poszukiwania noclegu oraz lotów do Apulii. Z tym pierwszym mieliśmy sporo zabawy, ponieważ ofert na Airbnb jest zatrzęsienie. Ostatecznie wybraliśmy duże mieszkanie Sabriny w uroczej miejscowości Monopoli, z dwiema osobnymi sypialniami, tarasem i 3 min od Centro Storico. Polecamy! (tutaj >> link <<)

Z lotami mieliśmy lekką przeprawę. Jesteśmy ze Szczecina, więc najbardziej odpowiadała nam opcja Berlin-Bari-Berlin z Ryanair. Najpierw czekaliśmy na odpowiednie ceny biletów i gdy już dokonaliśmy zakupu biletów  i rezerwacji noclegu, Ryanair ogłosił, że odwołuje ponad 2000 lotów do końca października. Najedliśmy się stresu i nerwów, bo jak na tanią linię przystało, o wszystkim informowali na ostatnią chwilę lub w ogóle nie byli w stanie odpowiedzieć, które loty będą odwołane. Na szczęście nasz lot w obie strony został zrealizowany. Jeśli nie macie alternatywy, uważajcie na Ryanaira 😉

Nasza lokalizacja

Jako że cała nasza czwórka nastawiona była na odkrywanie nowych miejsc, wybraliśmy Monopoli 45km na południe od Bari. Bezpośrednio z Monopoli można dojechać pociągami czy autobusami do wielu ciekawych zakątków Apulii (Polignano a Mare, Bari, Trani, Lecce, Ostuni, Alberobello). Zależało nam, by zobaczyć zarówno ciekawą architekturę, mniej odwiedzane zakątki, piękne plaże i naturę. Z tego też powodu na kilka dni wypożyczyliśmy samochód, by dotrzeć w mniej oczywiste miejsca.

Już sam dworzec w Bari wieczorną porą zrobił na nas pozytywne wrażenie, a gdy dotarliśmy do Monopoli odebrało nam mowę. Po szybkim rozpakowaniu i prysznicu wyruszyliśmy do miasta. Wąskie i kręte uliczki, mnóstwo knajpek, unoszący się zapach prania, pastelowa architektura i kwiaty w doniczkach. To połączenie zawirowało nam w głowach. Na pewno przyczyniło się także do tego lokalne wino i inne alkoholowe specjały, którymi raczyliśmy się każdego wieczora 😉

Polignano a Mare

Drugi dzień pobytu przeznaczyliśmy na powolne odkrywanie okolic. Za 1,10 euro/os w 7 min znaleźliśmy się w Polignano. Samo miasto jest równie urokliwe co Monopoli, warto się w nim „zgubić”. Każda uliczka jest niepowtarzalna i może na przykład wyprowadzić prosto na taras z widokiem na klify 🙂

Drugi powód, by odwiedzić Polignano to niewątpliwie plaża położona  między klifami. Można zachwycać się nią z różnych perspektyw, a każda piękniejsza od poprzedniej. Mieliśmy to szczęście, że pod koniec września dało się tutaj spokojnie usiąść, wykąpać i napawać widokiem  bez tłumu turystów. Ten „drobny” szczegół bardzo często psuł moje ogólne wrażenie podczas wielu podróży.

Barletta i Trani

Mieliśmy trochę inne plany, dlatego do Bartletty wybraliśmy się nieco na siłę ze względu na pogodę (na północ od Bari nie padało i było cieplej tego dnia). Szczerze mówiąc miasto nie zrobiło na nas specjalnego wrażenia. W porównaniu choćby do Bari. Owszem, jest kilka uliczek, zamek i plaża. Nastawiliśmy się na kąpiel i wygrzewanie na słońcu. Niestety plaża okazała się brudna, morze mało ciekawe a sama okolica zaniedbana. Być może w sezonie liczne knajpki i atrakcje ratują sytuację, chociaż plaża w Barlettcie przypominała mi Rimini,  o którym wolę zapomnieć 😉 Jeśli kochacie deptaki, sklepiki z pamiątkami, dyskoteki i życie nocne nad wodą, to od połowy czerwca do połowy września to miejsce na pewno Was zachwyci.

Na szczęście 7 min pociągiem od Barletty znajduje się Trani. W oczekiwaniu na pociąg technologia umilała nam czas 😉

W Trani znowu poczuliśmy włoską beztroskę a czas zatrzymał się w miejscu. Piękna marina, punkt widokowy, miejski park a w nim starsi Włosi delektujący się wolnym popołudniem. Taki obraz Włoch zawsze przechowuję w swoim sercu 🙂

Alberobello i Locorotondo

Bezpośrednio z Monopoli w tygodniu kursują autobusy do jednego z najsłynniejszych miasteczek w Apulii. Po około godzinie jazdy znaleźliśmy się wśród domków niczym z bajki o Królewnie Śnieżce. Mimo że po sezonie i przy dość zmiennej pogodzie tego dnia, w Alberobello kręciło się sporo turystów. Nie to jednak zniszczyło moje wyobrażenie o tym urokliwym miejscu. Najgorsza była główna ulica wypełniona straganami z mydłem i powidłem. Nie mam nic przeciwko pamiątkom czy sezonowym i lokalnym produktom. Jednak na tym jarmarku było dosłownie wszystko, niczym w sklepie za 5zł. Do tego małe wesołe miasteczko z muzyką disco w tle… Wyglądało to jak gorsza wersja naszych nadmorskich miasteczek, które z ogólną estetyką i dobrym smakiem są na bakier. Dobrze, że była to tylko jedna ulica, w mniejszych uliczkach było przepięknie, jednak samo centrum mnie rozczarowało. Wiem, że moja opinia może wydawać się dość surowa, ponieważ nad Alberobello rozpływają się niemal wszyscy. Jednak razem ze znajomymi mieliśmy inne oczekiwania.

I te oczekiwania spełniło Locorotondo niespełna 9km od Alberobello. 12 minut pociągiem a wrażenia zupełnie odmienne! To miasteczko stało się hitem naszego wyjazdu. Przechadzając się po wąskich uliczkach z białymi domami nie mogliśmy wyjść z podziwu. Każdy jeden zakątek wart uwiecznienia, karta pamięci w aparacie zapełniła się w mgnieniu oka. Turystów było niewielu, ale na tyle dużo, że miasto tętniło życiem. Nie zapomnę tych schodków, balkoników, wejść ozdobionych kwiatami, podwórek z ławeczkami i rowerami. To chyba jedno z najpiękniejszych miasteczek, jakie widziałam we Włoszech.

Bari

Stolicę regionu przyszło nam zwiedzać w strugach deszczu. Ale dzięki pogodzie mogliśmy zaszyć się w kilku knajpkach i kawiarniach. W mieście na każdym kroku ma się ochotę wejść do środka i spałaszować wszystko po kolei. Co chwila przystawaliśmy na kawę i rogalika/ciastko. Szczerze mówiąc nie potrafię doradzić, gdzie jest najpyszniej, bo niemal wszędzie. Podobnie jest z restauracjami. Pizze i makarony są wyśmienite w każdym miejscu, wystarczy wybrać to, co się lubi najbardziej. Warto zwrócić uwagę, czy dana pizza jest neapolitańska (grubsza 1-2cm) czy rzymska (cieńsza do 3mm) oraz czy podawana jest z oliwą czy z sosem pomidorowym.

Po obfitych śniadanio-obiado-podwieczorko-kolacjach deszcz uznał, że przyda nam się trochę ruchu i wyszło słońce. Wtedy postanowiliśmy, że poszukamy wypożyczalni samochodów.  Po wcześniejszym rekonesansie w Internecie i wskazówkach na forach wybraliśmy Avis z pełnym ubezpieczeniem. W Apulii jest ten problem, że ciężko znaleźć wypożyczalnię, która pozwoli na wykupienie dodatkowego ubezpieczania zwalniającego całkowicie od kosztów własnych w razie wypadku. Biorąc pod uwagę styl jazdy Włochów istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że może dojść do stłuczki albo że samochód będzie obity podczas parkowania (dla nich 2cm odległości wystarczą, by wyjechać). Mieliśmy także wykupioną opcję dla dwóch kierowców i podziwiam chłopaków jak dzielnie przeprawiali się przez miasta (zwłaszcza w Bari). Włoskie zasady jazdy to brak zasad. Trzeba mieć oczy dookoła głowy i spodziewać się niespodziewanego.

Proces „produkcji” makaronu  orecchiette.

2 część podróży do Apulii znajdziesz >>> tutaj <<<

 

2 thoughts on “Podróż w stronę marzeń. Apulia cz.1”

Skomentuj wpis

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry