Jak zacząć przygodę z fotografią lifestyle?

Jak zacząć przygodę z fotografią lifestyle?

To pytanie, które pojawia się najczęściej w wiadomościach prywatnych od moich obserwujących na Instagramie. Wiele osób pyta o moje początki i w jaki sposób udało mi się przekonać klientów do tego stylu. Za chwilę podzielę się z Tobą moimi doświadczeniami i podam Ci listę wskazówek, jak zbudować swoje portfolio sesji rodzinnych. Uznałam jednak, że historie innych fotografów dadzą Ci jeszcze pełniejszy obraz, kiedy dopiero raczkujesz w fotografii. Dlatego zaprosiłam Edytę Sujecką, Kasię Kitajgrodzką i Ewelinę Mierzejewską, aby opowiedziały, jak wyglądały ich początki. Ich historie poznasz na końcu wpisu.

Kiedy zaczynałam, a było to prawie dekadę temu (2012), sytuacja różniła się mocno od obecnej. Facebook dopiero się rozwijał, o Instagramie mało kto słyszał i generalnie media społecznościowe dopiero raczkowały, a wraz z nimi wszyscy użytkownicy. Wtedy też dużo łatwiej było zdobyć uwagę, wrzucając cokolwiek, bo treści było mało. Zasięg organiczny (czyli ten darmowy) był duży i spokojnie można było promować swoje usługi bez wydawania pieniędzy. Konkurencja była niewielka. Złote czasy darmowego promowania się na FB, bez wkładania w to wysiłku, minęły. To samo dzieje się od pewnego czasu z Instagramem. Ja jednak od początku promocję swoich usług opierałam na stronie internetowej. W ciągu 10 lat miały miejsce tylko (tak mi się wydaje, że to niewiele w porównaniu z innymi) trzy odsłony mojej www. Ta jest trzecia i póki co, nie zamierzam jej zmieniać. Od samego początku działam na tej samej domenie, czyli nazwie strony. M. in. dzięki temu moja strona ma dobrą pozycję w sieci. Nie chcę się rozpisywać o tym, jak ważna jest własna platforma. O tym możesz posłuchać TUTAJ. Godzinny live z moim mężem zajmującym się stronami internetowymi, a ta jest jego zasługą, dostarczy Ci mnóstwo merytorycznej treści i argumentów za posiadaniem swojego własnego i niezależnego miejsca w sieci.

Zdaję sobie sprawę, że kiedy zaczynasz, masz ograniczone możliwości oraz zasoby. Nie wiesz, czy to będzie zajęcie na dłużej i czy warto w nie inwestować. Masz również wątpliwości, czy Twoje umiejętności są wystarczająco dobre, by móc zarabiać na fotografii lifestyle. Ja też miałam wiele obaw, ale strach nie zatrzymał mnie przed podjęciem ryzyka. Jeśli wchodzisz w coś nowego, zawsze podejmujesz ryzyko. Wieczne stanie na rozdrożu i próby typu „zjeść ciastko i mieć ciastko” nie popchną Cię do przodu, tylko jeszcze bardziej pogrążą Cię w rozmyślaniu „co by było, gdyby”.

Mnie osobiście zawsze przerażały wielkie plany. Intuicyjnie wolałam dziobać coś powoli i skupić się na mniejszych zadaniach. Tak prowadzę swój biznes i dzisiaj. Wiem, że tam na końcu jest większy cel, ale po drodze skupiam się na łatwiej osiągalnych działaniach. Ty zrób to samo. Wypisz obszary, od których chcesz koniecznie zacząć, w których masz braki i potrzebujesz się w nich rozwijać. Jeśli poczujesz, że jakiś obszar jest dla Ciebie przytłaczający, podziel go na mniejsze etapy. Oto przykład.

Nie masz portfolio? Brakuje Ci sesji rodzinnych?

  1. Przejrzyj zdjęcia innych fotografów lifestylowych, zapisz ulubione zdjęcia.
  2. Przyjrzyj się ulubionym fotografiom lub fotografom. Zapisz, co Ci się w nich podoba: kadr, scenografia, kolory, światło, ustawienie modeli, emocje, spójność, identyfikacja wizualna, kanały na social mediach itp.
  3. Jeśli nie masz żadnego doświadczenia lub nie czujesz się jeszcze na siłach, zrób listę osób z najbliższego otoczenia, na których możesz poeksperymentować.
  4. ZACZNIJ ROBIĆ ZDJĘCIA. W tym przypadku rodzinne sesje lifestyle, ale ważne jest, by aparat cały czas był w Twoich rękach.
  5. PRAKTYKUJ jak najwięcej, ćwicz, popełniaj błędy i wyciągaj wnioski. Myślisz, że po 9 latach w fotografii jestem wszechwiedząca? NIE! Ale dzięki temu, że wciąż robię rodzinne sesje lifestylowe, spotykam się z różnymi ludźmi i sytuacjami, mogę zdobywać doświadczenie, wprowadzać zmiany i naprawiać błędy. Z czasem jest ich coraz mniej, ale mi też się przytrafiają.
  6.  10, czy 20 sesji to nie jest moim skromnym zdaniem wystarczająca liczba, by klienci zaczęli do Ciebie przychodzić. Wiesz dlaczego? Nawet jeśli masz już odpowiedni warsztat/wiedzę/talent ludzie muszą się o Tobie dowiedzieć. Dopiero 10-20 osobom (liczę rodzinę jako 1 osobę) udało Ci się pokazać, jak wygląda Twoja praca. Czy to według Ciebie dużo? Najlepszy marketing to marketing szeptany. Ale żeby zaistnieć w świadomości ludzi MUSISZ robić jak najwięcej sesji, by dotrzeć do jak największej liczby osób bezpośrednio. Tak rozszerzysz znajomości i tzw. networking. Tylko w ten sposób udowodnisz, że to właśnie do Ciebie warto przyjść. Musisz uzbroić się również w cierpliwość, bo na niektóre efekty trzeba poczekać. Wiem, co mówię. Mam bardzo wielu klientów, którzy czaili się z przyjściem do mnie rok i dłużej. Przez ten czas ciągle robiłam zdjęcia, wrzucałam sesje i przypominałam o sobie, aż wreszcie poczuli, że to odpowiedni moment.
  7.  Jeśli zdecydujesz się na sesje TFP bez opłaty i do portfolio, spisz umowę. Nawet ze znajomymi, z nimi szczególnie. Określ w niej warunki i wymagania. Najprostsze umowy TFP znajdziesz za darmo w internecie. Pamiętaj, że w tym przypadku to Ty masz wymagania. To nie do końca jest darmowe zlecenie, ono przyniesie owoce w późniejszym czasie. Pomyśl o tym długofalowo, jakie zdjęcia chcesz w swoim portfolio i jakiego klienta mają przyciągać.

Zdjęcia to główny obszar fotografa, dlatego podałam Ci przykład rozplanowania swoich działań w budowaniu portfolio. Działaj aktywnie, inspiruj się i szukaj, ale miej dla siebie zrozumienie. Na pewno potkniesz się wiele razy, spotkasz się z mniej przychylnymi opiniami czy nawet brakiem wsparcia. Niech to nie zniechęca Cię. Potraktuj to jako naukę i poszukaj innych rozwiązań. To, że jednemu fotografowi udało się znaleźć 5 rodzin na sesje w ciągu 1 dnia, nie oznacza, że Tobie uda się równie szybko (i że tyle sesji potrzebujesz!). Bierz pod uwagę swój etap rozwoju, osobowość, miejsce zamieszkania, sytuację życiową. Inaczej trzeba rozplanować dzień, kiedy pod opieką jest dwójka berbeci, inaczej, gdy ma się pracę na etat i inaczej, gdy fotografia jest jedynym zajęciem. Mierz siły na zamiary.

Jeśli czujesz, że potrzebujesz dodatkowego wsparcia i konkretnych wskazówek, np. jak przeprowadzać sesje czy jak budować relacje z klientem, to zapraszam Cię do zakupienia któregoś z moich kursów rodzinnej fotografii lifestyle.

Tyle z mojego punktu widzenia. Jak pamiętają swoje początki trzy inne fotografki zajmujące się fotografią rodzinną? Za chwilę przekonasz się, że każdy z nas zaczyna z innego miejsca. Część tych historii ukazuje to, o czym pisałam wyżej. ALE! Część z nich jest dowodem, że można próbować inaczej.

Edyta Sujecka, fotografuje od 3 lat, głównie fotografia lifestyle, ale wykonuje również reportaże z chrztu, komunii czasami również kameralne śluby. Na co dzień pracuje w szkole jako pedagog wspierający w klasie integracyjnej. Zawsze kochała robić zdjęcia, ale nigdy nie myślała, że mogłaby robić je zawodowo. Edyta to moja kursantka, poczyniła ogromne postępy w robieniu zdjęć. Pamiętam, jak wyglądały jej początki.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze?

Najtrudniejsze na mojej drodze fotograficznej było opanowanie trybu manualnego. Tryb manualny sprawiał mi problemy, ponieważ nie umiałam dobrać odpowiednich parametrów, nie rozumiałam zależności między ISO, czasem naświetlania i przysłoną. Nigdy nie byłam dobra z przedmiotów ścisłych i naukę trybu manualnego mogę porównać do nauki matematyki, która zawsze sprawiała mi kłopoty.

Jaki był Twój krok milowy?

Pokazanie swoich zdjęć szerszej publiczności nie tylko na grupie „Nieperfekcyjna codzienność” [przyp. to moja grupa kursantów na FB]. Pamiętam, kiedy pierwszy raz pokazałam swoje zdjęcia na FB i Instagramie, poczułam się obnażona i wcale mi się to uczucie nie podobało, ale wiedziałam, że jeżeli nie zacznę się pokazywać, nikt się o mnie nie dowie, bo niby skąd ludzie mają wiedzieć, że Sujecka robi zdjęcia.

Po jakim czasie klienci zaczęli się do Ciebie sami zgłaszać?

Pierwsze płatne zlecenie dostałam po około 2 miesiącach od pierwszej publikacji moich zdjęć na profilach społecznościowych. Nie spoczywam na laurach,  w dalszym ciągu ciężko pracuję, inwestuję pieniądze w szkolenia, słucham mądrych ludzi i chcę się rozwijać, bo inwestycja w samą siebie jest NAJLEPSZA.

Katarzyna Kitajgrodzka, mieszkająca w Poznaniu mama dwóch chłopców i żona najfajniejszego faceta na ziemi. Nie miała szansy studiować fotografii, bo nie potrafi rysować, ale zawsze ciągnęło ją  do sztuk audiowizualnych, dlatego studiowała kulturoznawstwo na UAM z naciskiem na ten dział sztuki i kultury. Fotografuje na pełen etat od 2014 roku i specjalizuje się w naturalnych sesjach lifestyle oraz zdjęciach modowych dla polskich firm odzieżowych projektujących i szyjących dla dzieci.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze?

To zabawne, ale najtrudniejsze dla mnie było i jest do dzisiaj branie od ludzi pieniędzy za zdjęcia. Jestem nadwrażliwa i zbyt empatyczna w tym temacie. Dopinguję i doradzam innym fotografom, znam wszystkie wyliczenia, wartość czasu, sprzętu, umiejętności itd., ale dla mnie temat wynagrodzenia jest najtrudniejszym tematem naszej pracy. Ułatwiłam sobie życie tworząc cennik do którego odsyłam, gdy mam zapytanie o cenę sesji rodzinnej.

Jaki był Twój krok milowy?

Myślę, że krokiem milowym było rzucenie pracy i podjęcie decyzji o tym, że od teraz naprawdę będę fotografem. Stało się, urzeczywistniłam obraz z głowy. To moje przeświadczenie o tym, że bycie fotografem mnie definiuje. Początek nie był lekki, miałam jeszcze małe dzieci i męża wiecznie w rozjazdach. Moją strategią rozwoju było skupianie się nie na dalekosiężnych planach, tylko małe kroki do przodu. Małe, ale cały czas. Gdy zaczynałam, bardzo mało osób fotografowało. Lifestyle praktycznie nie istniał. W warunkach studyjnych czułam się całkowicie bezradna, mam przeciętny poziom kreatywności i konieczność tworzenia od podstaw mnie stresuje. W domu lub na reportażu zawsze czułam się inaczej, wszystko już było na miejscu, a ja musiałam się dopasować. Nawet, gdy warunki były ciężkie, z optymizmem szukałam najlepszych kadrów.

Po jakim czasie klienci zaczęli się do Ciebie sami zgłaszać?

Właściwie od razu. Nie wpadłam na to, by zacząć od budowania portfolio poprzez darmowe zlecenia. Pierwsi moi klienci to byli przede wszystkim znajomi i znajomi znajomych. Mówiłam głośno o tym, że założyłam działalność i spotkało mnie miłe zaskoczenie, że od początku zapraszano mnie na sesje. Znajomi chcieli bym zrobiła zdjęcia ich rodzinom i płacili za nie. Pokazywali te zdjęcia innymi, którym się podobały i oni też takie chcieli. I tak się to rozkręcało.
Klienci trafiali do mnie przede wszystkim z polecenia. Tak jest do dzisiaj. Nie mam strony internetowej, która pozycjonuje mnie wyszukiwarce. Instagram prowadzę tak naprawdę od niedawna. Nigdy się nie reklamowałam. Uważam, że rekomendacja ustna ma niezwykłą moc. Po 6 latach fotografowania mam kręgi klientów, gdzie weszłam w jakąś grupę i jestem „ich” fotografem. Każdej rodzinie z tego kręgu robię sesję raz, czasami dwa razy w roku. Albo co dwa lata.

Ewelina Mierzejewska, mama dwóch chłopców – Jasia i Julka, żona, fotografka z Warszawy. Z wykształcenia mgr Europeistyki [możemy sobie przybić piątkę! droga od od Europeistyki po fotografię ;)]. Trenowała też wyczynowo pływanie i taniec towarzyski. Przez 10 lat związana była z branżą eventową. Fotografia była jej pasją, którą w 2016 roku zaczęła nieśmiało próbować zmienić w coś więcej niż jedynie hobby. Skrzydła rozwinęła dopiero we wrześniu 2019, kiedy jej młodszy syn poszedł do żłobka. Jest prekursorką sesji szpitalnych #projekt48. W wolnym czasie uwielbia długie spacery z kawą w ręku, dobrą książkę – najchętniej o tematyce kryminalnej i przytulasy z jej chłopakami.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze?

Mogę tu wymienić dwie rzeczy, chociaż tak naprawdę było ich znacznie więcej.

1. Znalezienie swojego stylu – długo nie wiedziałam dokładnie, co bym chciała robić – poza tym, że wiedziałam, że chcę robić zdjęcia rodzinne i że na pewno nie chcę mieć studia. Próbowałam mini sesji świątecznych, próbowałam sesji u mnie w domu, które były namiastką sesji lifestylowych, potem udało mi się wejść do domów moich Klientów. Odbyłam sporo różnych warsztatów – od sesji z pozycjonowaniem maluszków, przez portrety kobiece, aż po warsztaty z sesji lifestylowych. Spędziłam mnóstwo godzin oglądając zdjęcia innych, przeglądając Pintereset i szukając. Aż w marcu 2019 usiadłam do zdjęć, które zrobiłam rok wcześniej mojemu Julkowi w szpitalu. I to było jak grom z jasnego nieba – wtedy już wiedziałam, że to jest to, co chcę robić.

2. Konkurencja na warszawskim rynku. Jak zacząć, jak się przebić, co zrobić? Kiedy w mojej głowie zaczęła kiełkować myśl o rodzinnych zdjęciach, zaczęłam szukać warsztatów z sesji lifestyle. W Warszawie było wtedy 3 czy 4 fotografów. Prawie 3 lata później, gdy mój młodszy syn szedł do żłobka, a ja wiedziałam, że będę już mogła w pełni się oddać fotografii, okazało się, że na rynku lifestylowym tych fotografów jest już naście. I wszyscy robią świetne zdjęcia. Dlatego kluczowe było to, co opisałam w punkcie numer jeden. Znalezienie swojego ja w zdjęciach, swojego stylu i swojej niszy.

Jaki był Twój krok milowy?

Zdecydowanie było to odkrycie w sobie pasji do sesji szpitalnych i stworzenie sesji #projekt48. Nie było to łatwe zadanie, bo zdecydowanie był to temat niszowy. Odważnie jednak postawiłam wszystko na jedną kartę, mimo tego, że różne głosy do mnie docierały. Jedni twierdzili, że pomysł jest świetny, a inni, że może zdjęcia i fajne, ale która Mama chciałaby się fotografować w szpitalu i to zaraz po porodzie. Byłam jednak uparta w swoich dążeniach, bo ogromnie wierzyłam w ten projekt. I po 1,5 roku – mimo tego, że od roku szpitale są zamknięte, mogę śmiało powiedzieć, że się udało. Nie ukrywam również, że odliczam dni do naszego powrotu do normalności i otwarcia dla mnie drzwi szpitali, bo mam co do tego projektu dalsze plany.

Po jakim czasie klienci zaczęli się do Ciebie sami zgłaszać?

U mnie historia jest dość zawiła. Początkowo zdjęcia robiłam tylko mojemu Jaśkowi i na nim trenowałam. Następnie zrobiłam dwie sesje- chociaż to chyba słowa nieco na wyrost, moim przyjaciółkom i to one namówiły mnie na to, żebym ruszyła z tematem. Tym sposobem kupiłam dwa tła winylowe i lampę, i ogłosiłam mini sesje świąteczne, które robiłam w swoim mieszkaniu. Grafik zapełnił się tak naprawdę od razu. Kolejny rok to były zlecenia głównie od tych rodzin i ich znajomych. Nie działałam jednak bardzo prężnie zwłaszcza, że ponownie zaszłam w ciąże. Będąc w ciąży wykonałam kolejne mini sesje, które podobnie jak pierwsza edycja cieszyły się dużym powodzeniem. Myślę, że bardzo duży wpływ miała na to dość niska cena.

Jednak po porodzie i kolejnych warsztatach, wiedziałam już, że to co robiłam do tej pory, to nie jest do końca moja ścieżka. W marcu 2019 podjęłam decyzję, że chciałabym się skupić na sesjach noworodkowych w szpitalach. I tu już tak łatwo nie było. Od kwietnia do lipca wykonałam 5 darmowych sesji. Cały czas byłam z młodszym synkiem w domu, więc traktowałam to jako warsztat i szkolenie. Pierwsze płatne zlecenia rozpoczęły się we wrześniu 2019 i wówczas też rozpoczęłam pracę fotografa na pełen etat.

Czy zauważasz już, że torowanie własnej ścieżki to metoda prób i błędów? Że wymaga Twojego zaangażowania, czasami zatrzymania się i pomyślenia, czy na pewno jest to dobry kierunek? Nie ma recepty na udany start. Szczerze mówiąc zacząć wcale nie jest najtrudniej. Najwięcej pracy jest dopiero przed Tobą.

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Przewodnik po polskich porach roku. Kiedy najlepiej robić zdjęcia

Czy musisz słuchać się wszystkich wskazówek fotografa?

4 thoughts on “Jak zacząć przygodę z fotografią lifestyle?”

  1. Dzięki Agnieszka za ten wpis! Choć każda ścieżka jest inna, świadomość, że inni fotografowie też zaczynali od początku jest bardzo budująca i pozwala nabrać motywacji 🙂 W końcu skoro innym się udało, to dlaczego nie miałaby udać się i nam? 🙂 Choć sama dopiero zaczynam, w tym roku stawiam wszystko na jedną kartę i zrezygnowałam z etatu, poświęcając się fotografii w całości 🙂 Co z tego będzie? Zobaczymy, jednak wierzę, że małymi krokami uda się osiągnąć zamierzony cel 😉

    1. Agnieszka Tylka-Andrzejewska Fotograf

      Trzymam kciuki! Rezygnacja z etatu to odważny krok, ale czasami niezbędny po to, by nie tkwić w martwym punkcie. Teraz jednak będziesz mogła poświęcić w 100% uwagę na swoim własnym biznesie, to też jest inny komfort pracy. Powoli do przodu 🙂

    1. Agnieszka Tylka-Andrzejewska Fotograf

      Dzięki! Starałam się pokazać, że można próbować z różnych stron i każda z dróg może być dobra. Ważne, by dopasować ją do własnych możliwości.

Skomentuj wpis

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry