Fuerteventura wczesną wiosną. Czyli ciesz się latem w marcu!

Ale zanim o Fuercie…

Siedząc wieczorem w lokalnym barze na Teneryfie i sącząc drinka, rozmyślałam, że oto jutro czeka mnie powrót do rzeczywistości. Napawałam się ostatnim ciepłym podmuchem wiatru, gdy nagle głośno pomyślałam:

– hej, skoro tak bardzo odpowiada nam klimat Wysp Kanaryjskich i skoro mówią, że tu jest cały rok ciepło…to może sprawdzimy, ile kosztują loty w marcu na pozostałe Wyspy?

– a sprawdź- odparł M. nieco zaskoczony moim nagłym pomysłem.

Pół godziny później po przeanalizowaniu cen i rozkładu lotów zapadła decyzja: w połowie marca wylądujemy na Fuerteventurze.

Tak oto ledwie zakończona podróż na jednej Wyspie przerodziła się w kolejną 🙂 Kanary pokochaliśmy całym sercem i uznaliśmy je za najlepsze miejsce do życia w Europie. Choć Europy Wyspy te w ogóle nie przypominają (wcześniej pisałam także o Teneryfie i jej różnorodności).

Tyle pięknych barw. Od żółtego po odcienie pomarańczu. Od chłodnych granatów po cieplejsze turkusy. Linie i fale. Słońce i wiatr. Surowa a tak gościnna, że czujesz się jak w domu. Fuerteventura to magiczna i przyjazna wszystkim wyspa. Zdjęcia i filmy z tego miejsca znam chyba na pamięć, bo przed wyjazdem przejrzałam wszystkie możliwe blogi, fora, grupy i hasztagi na Instagramie. Ale to wszystko na nic. W rzeczywistości jest bardziej, mocniej, dosadniej. I ten wiatr bezlitośnie obchodzący się z moimi włosami, które wieczorem stawały się jednym wielkim kołtunem. Jednak bez tej specyficznej bryzy wyspa straciłaby swój urok.

Nie bez przyczyny Fuerteventura w jednym z tłumaczeń to  fuerte – mocny, viento – wiatr.

 

Wiewiórki, zaraz po jaszczurkach i kozach, są jednymi z najliczniejszych zwierząt na wyspie. Spotkacie je przede wszystkim niedaleko skałek, wzdłuż wybrzeża Sotavento.

 

11 dni, tyle spędziliśmy w tym miejscu. Niby gołe pagórki, zieleń tylko na terenach hoteli i domostw pojona słodką wodą, której w zasadzie samoistnie tam nie ma. Niby mało urozmaicona przestrzeń bez cudów architektury i urokliwych miast. Niby miejsca bez roślin traktowałam jak odludzia niewarte mojej uwagi. Ale biada temu, kto twierdzi, że 11 dni to za dużo na tak monotonne widoki.

Wciąż nam mało i obiecujemy sobie, że tu wrócimy. W pisaniu nie czuję się na tyle pewnie co w przekazach obrazem, dlatego tekst poprzeplatałam zdjęciami.

Ready? Go!

 

Byliście na plaży w Świnoujściu? Widzicie te szerokie piaszczyste plaże? To pomnóżcie ten widok razy dziesięć (halo, no tak na oko!). Wschodnie wybrzeże Fuerteventury można uznać za wielką ciągnącą się dziesiątkami kilometrów plażę. Co jedna, to piękniejsza. Obrazu dopełnia turkusowa woda obłędnie kontrastując z jasnym piaskiem. O-SZA-LA-ŁAM!

 

Plaża Sotavento. Chyba najbardziej wietrzna i oooogrooomnaaa! Co jakiś czas, w zależności od faz księżyca, na plaży tworzy się laguna.

 

Latarnia morska w Morro Jable

 

Plaża w Corralejo i okolicach

 

Plaża w Costa Calma

 

Plaża El Cotillo

 

Jeśli nadal piasku Wam mało, polecam wycieczkę na wydmy Corralejo. Jest coś uspokajającego w tej harmonii i bezkresie…

 

Te trzy poniższe zdjęcia to efekt 5 podejść. Dwa pozostałe ujęcia też są niezłe. Muszę uznać to za wyczyn, biorąc pod uwagę fakt, że cierpliwość mojego męża na termometrze wskazywała okrągłe zero dążąc do temperatur minusowych. Statyw? Plecak ułożony na piasku.

 

Fuerteventura ma jeszcze jedną ogromną zaletę. Tuż obok niej leżą dwie wspaniałe wyspy: Lobos oraz Lanzarote. Na pierwszą dostaniecie się taksówką, motorówką lub łodzią w 10 min. Jednak wcześniej musicie wypełnić formularz na TEJ stronie i otrzymać zgodę na wejście. Codziennie na wyspie może przebywać max. 400 osób.  Znajdują się tam dwie rajskie plaże, w tym jedna z pomostem idealnym do insta foci (wyszukajcie na instagramie #isladelobos i zobaczcie wszystkie te oryginalne dzieła, moje macie poniżej…). Przed wycieczką proponuję jednak zaopatrzyć się w wodę i prowiant a także załatwić wszelkie… ekhm… potrzeby, bowiem nie uświadczycie tu toi toia a jedyna restauracja jest droga i mocno oblegana. Możecie nie zdążyć lub paść z wycieńczenia.

 

O to to! Tu jest bardzo insta klimat. Ale weź tu nie zrób foci!

 

Jedyna restauracja na wyspie

Zdjęcie „zrobione” przez ludzki statyw. Kto oglądał moje relacje z Fuerty na instagramie, ten zna mój niecny patent na zdjęcia we dwoje. Jeśli myślisz: że cooo? zerknij do wyróżnionych relacji „Fuerteventura” na moim profilu na IG)

 

Lanzarote to wyspa na osobny wpis. Przeznaczyliśmy na jej zwiedzanie tylko jeden dzień i objeżdżając ją, niewiele zobaczyliśmy. To, co na pewno mogę powiedzieć o tym miejscu, że jest totalnie inne od Fuerty. Jeśli Fuerta jest księżycem, to Lanzarote jest Marsem…Sami zobaczcie.

 

 

To, co tu widzicie poniżej, to winnice. Uprawa winorośli na Lanzarote odbywa się trochę inaczej…

 

Każdy krzew rośnie osobno, nie jest podwiązywany a od wiatru chronią go ułożone z kamieni murki w kształcie półksiężyców

 

Wspominałam, że na Fuerteventurze ze świeczką szukać zabytkowych miast. Poza jedną perełką o nazwie Betancuria (to dawna stolica wyspy). Malutkie miasteczko w sercu Park Rural de Betancuria, które zamieszkuje nieco ponad 800 mieszkańców i pewnie kręci się tam drugie tyle turystów. Z racji tego, że dojazd prowadzi przez Park Narodowy (tylko drzew w nim brak…), po drodze napotkacie kilka punktów widokowych a krajobrazy te z pewnością Was urzekną.

 

 

Czy było ciepło w połowie marca? TAK! Pierwszy raz wybraliśmy się w podróż w ciepłe miejsce, gdy w Polsce o tej porze roku królowały jeszcze kurtki puchowe. Nie dajcie się zwieść prognozom ani nawet temu, co pokazuje Wam smartfon lokalnie. Te 20-22 stopnie nie mają nic wspólnego z naszymi niemrawymi temperaturami nawet w okolicach maja. My niestety daliśmy się nabrać i z Wyspy Lobos wróciliśmy czerwoni jak raki a mój nos przypominał spalonego churrosa. Filtr 50 tak bardzo! I nie ma, że wiatr przyjemnie chłodzi. On zwodzi…uwierzcie!

 

Zachód słońca w La Pared (zachodnia część wyspy). TU. WIAŁO. MOCNO. A i tak skwierczeliśmy od słońca…

 

Muszę Wam jeszcze koniecznie napisać parę słów o OASIS Park. W ogóle przez myśl mi by nie przeszło, żeby oglądać małpy w zoo. Ale tak na poważnie… Staram się podróżować świadomie i na tyle, na ile sama mogę uniknąć turystycznych pułapek zarabiających na cudzym cierpieniu, niszczeniu środowiska czy dokładaniu cegiełki do kolejnej katastrofy ekologicznej. Po uprzedzeniach do Loro Parque na Teneryfie (TU znajdziesz więcej informacji) ani myślałam przejść przez próg OASIS Park. Zanim jednak spisałam ich na straty, zasięgnęłam opinii w internecie. Tylko dokopałam się nieco głębiej. Czasem też do zagranicznych blogów i artykułów, aby mieć pewność, że  te ochy i achy nie płyną od zachwyconych turystów, którzy nie mają świadomości, co dzieje się za kulisami, a przez myśl im nawet nie przejdzie, skąd wzięły się te zwierzęta. Naprawdę polecam zagłębić się w tematy atrakcji turystycznych w regionach, do których planujecie podróż.

W Oasis Park znajdują się zwierzęta uratowane z przemytu, wyrwane z okrucieństwa ludzkich rąk, zabrane z nielegalnych hodowli i handlu. Przebywają tam często osobniki okaleczone, dla których zoo jest miejscem rekonwalescencji. Część zwierząt ma nawet szansę powrócić na wolność, ale większość z nich zdana jest już na łaskę człowieka…

 

 

To nie tylko zoo, ale również przepiękny ogród botaniczny z całą paletą egzotycznych roślin. Michał  najbardziej zachwycał się wielkimi kaktusodrzewami 😉

 

Nie znajdziecie tu gatunków zwierząt, które żyją w chłodnym klimacie, np. pingwinów. Nie ma również pokazów delfinów i orek (wciąż szlocham nad mą głupotą po niechlubnej wizycie w oceanarium w Warnie…).  Nic nie zastąpi wolności, to jest pewne, ale zoo stara się przystosować warunki życia przebywających tam zwierząt maksymalnie do ich środowiska naturalnego.

 

Spędziliśmy tam ponad 4h. Jest to miejsce naprawdę godne polecenia dla dużych i małych odkrywców. Edukuje, wzrusza, pozwala na żywy kontakt. Przy wejściu możecie kupić karmę dla osiołków i żyraf. Nie przypuszczałam, że żyrafy podbiją moje serce. Ten ich naturalny makijaż, te rzęsy, ten cętkowany ałtfit #sercmilion

 

Na koniec coś, o czym jeszcze nie wspominałam w żadnym ze swoich podróżniczych wpisów. Nasz hotel. Nie roztkliwiam się nad noclegiem, bo najważniejsze dla mnie jest to, żeby było wygodnie, czysto i jeśli mam opcję z posiłkami, to w miarę smacznie. Nasze zakwaterowanie znalazłam na booking.com a rezerwacji dokonałam na ponad 5 miesięcy do przodu. Jak się później okazało, była to bardzo dobra oferta, której cena w późniejszych miesiącach podskoczyła dwukrotnie. Widziałam, że hotel ma świetne opinie, zdjęcia również przedstawiały całkiem przyjemne wnętrza. Jednak to, co zastaliśmy na miejscu, przerosło nasze oczekiwania. Może dlatego, że my naprawdę jesteśmy mało wymagający, ale obsługa, czystość, wyżywienie (wzięliśmy opcję HB) oraz lokalizacja i widoki rozłożyły nas na łopatki. Z całego serca polecam H10 Sentido Playa Esmeralda na Fuerteventurze. Jest tylko jedna uwaga: to hotel typu „adults only”, więc rodziny z brzdącami będą musiały poczekać lub wybrać inny hotel serii H10.  Z tego, co słyszałam, ta sieć hoteli jest całkiem klawa 🙂

 

 

 

Zobacz także wpis „O tym, jak pokochaliśmy Teneryfę”.

3 thoughts on “Fuerteventura wczesną wiosną. Czyli ciesz się latem w marcu!”

    1. Agnieszka Tylka-Andrzejewska Fotograf

      W zyciu bym nie powiedziała, że pokocham miejsce, w którym nie ma grama zieleni występującej naturalnie. Urzekły mnie piękne plaże, lazurowa woda i spokój. Te widoki są dla mnie niesamowicie kojące i już kombinuję, jak tam wrócić.

Skomentuj wpis

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry